Uciekło mi pół roku
![]() |
| Photo by Aron Visuals on Unsplash |
.....jak w temacie... nawet nie wiem, kiedy uciekło mi pół roku i nagle zaczął się październik. Pandemia połączona z kwarantanną, później rozpoczęcie przez Dziecia przygody ze żłobkiem i mój powrót do pracy spowodował kompletne zamieszanie połączone z obłędem w oczach. Ale żyjemy, mamy się dobrze - ja tylko w ferworze tego szaleństwa nie składałam relacji na bieżąco..
No to skrótem:
Dzieć ma aktualnie 13 zębów przypłaconych całą masą nieprzespanych nocy (swoich i naszych). Aktualnie idą trójki i jak dla mnie to mogłyby juz wyjść.. Bo marzę, żeby sie w końcu wyspać. Bez miliona pobudek w nocy.. Refluks ma nadal, czasem jeszcze mu sie jedzenie cofnie ale to juz chyba odziedziczone po Osobistym (nadal mam nadzieje, ze jednak z tego wyrośnie).. A i z rzeczy nowych: choroba lokomocyjna - przełożenie fotelika przodem do kierunku jazdy nie zdala egzaminu. Pawie były i tak. Oznacza to, ze jeździmy z dodatkowym kompletem ubrań, chusteczek, ręczników papierowych i worków na pawie.
Żłobek okazał się strzalem w dziesiątkę - Dzieć uwielbia dzieci, wchodzi na salę z uśmiechem na pyszczku i z takim samym uśmiechem do nas wychodzi jak przychodzimy go odebrać. Tak naprawdę, to większym problemem dla mnie było zostawienie go w placówce, niż dla niego. Wracając do domu pokazuje nam całą gamę nowych umiejętności: gestów, sylab - aż serce rośnie patrząc jak nam sie brzdąc usamodzielnia. Nie żałuję :) Jedynym problemem jest aktualne podejście do katarów. Z jednej strony rozumiem, że dzieciaki zarażają się na wzajem ale z drugiej... Pracować trzeba a od początku września ja wylądowałam na opiece dwa razy a Osobisty raz. Ale z tez Dzieć musi sie uodpornić - jakoś musimy przetrwać tę zimę. Na szczęście u mnie w pracy wszyscy niemal są dzieciaci i rozumieją o co chodzi.
Praca - faktem jest, że po powrocie musiałam sie uczyć wszystkiego na nowo. Co jest dziwne, bo kilka z tych rzeczy ustawiałam sama i sama je organizowałam. I musiałam na nowo uczyć sie rozmawiać z dorosłymi (albo tak mi sie wydawało). I znów na szczęście mam cudownych i wyrozumiałych wspołpracowników.
Święta planujemy w domu bezwyjazdowo... Patrząc na to co się dzieje uznaliśmy, że jednak lepiej będzie na swoich śmieciach. Nie wiadomo co można sobie przywlec albo komuś zawlec. Dziadkom będzie troche przykro ale to tez dla ich dobra. Dodatkowo, wspomniana wcześniej choroba lokomocyjna utrudnia wyjazd zimą - nie da się Dziecia przebrać nie ziębiąc go dodatkowo przy wyciąganiu z samochodu.
Ale I my domowi jestesmy a nasz dom jest teraz tu.
Jak się troche bardziej ogarnę to zrobie notkę o katarach - dla moich okolicznych mam. Na razie uciekam. Spaaaaaaać


Komentarze
Prześlij komentarz