Wizyta na SORze

Photo by Zhen Hu on Unsplash
Kiedyś musi nadejść TEN dzień i spanikowani rodzice lądują z Dzieciem na SORze. Nasz dzień (a właściwie wieczór) nadszedł dzisiaj. 

Ale od początku bo dzień dzisiejszy zasługuje na uwiecznienie w annałach bloga. 


Dzieć od urodzenia właściwie mial kłopoty z brzuszkiem. Pierwsze mm powodowało zaparcia. Konsultacja z pediatrą zaowocowała zmianą mleka na specjalne zapobiegające kolkom i zaparciom. 

Podziałało ale z kolei wlączyło się ulewanie. I niby nic, bo wszystkie dzieci ulewają bo przecież niewykształcony układ pokarmowy i w ogóle. No niby tak ale nasz egzemplarz przy okazji się prężył wyginając plecy w literę C, złościł się, płakał, jęczał i ulewał coraz bardziej. No I przebieraliśmy się obydwoje po kilka razy dziennie. A pranie? Tonę pod stosami prania… W końcu w poniedziałek trafiliśmy do naszej cudownej Pani Doktor po raz kolejny. Zaleciła pobranie kału do badania i powrót za tydzień z wynikami (diagnozujemy pod kątem alergii na białko mleka krowiego). Wczoraj więc Osobisty złapał próbkę i pędem do przychodni tylko po to, żeby się dowiedzieć, ze zabiegowy już nie przyjmuje. Dziś rano zatem poleciałam ja i znów odbiłam się od systemu bo.. długi weekend im zaczął się już we wtorek i laboratorium już zamknięte (w sumie mogli nam powiedzieć wczoraj, zaoszczędzili by nam nerwów i czasu). Na szczęście dzięki pracy Osobistego mamy dodatkowe pakiety medyczne więc szybki telefon, taksówka i przebijanie się przez miasto do prywatnej przychodni. Tam sukces! Materiał oddany, wyniki powinny być na poniedziałek. Powrót do domu, karmienie, długi spacer, drzemka, kolejne karmienie i… Dzieć chlusnął niestrawionym mlekiem tak, że wyglądało jakby nic w tym brzuszku nie zostało. Do tego niespokojny i wściekły. Telefon do naszej lekarki, w locie wystawione skierowanie na SOR, Osobisty pędem do przychodni, ja ogarnęłam Dziecia, wózek poczekałam na Osobistego i długa do tramwaju*. Wpadliśmy na SOR szpitala dziecięcego i tam zaskoczenie dekady. Byliśmy przekonani, że czeka nas ćwiczenie cierpliwości a tu nie.. Od wizyty w okienku i wypełnienia papierologii (jedna kartka formatu A4 do wypełnienia z obu stron) do ostatniej rozmowy z lekarzem całość trwała ze dwie i pół godziny. W międzyczasie mieliśmy: 
  • triage 
  • pierwszą rozmowę z lekarzami i badanie
  • USG brzucha
  • pobranie krwi z palca i wyniki
  • drugą rozmowę z lekarzami i karmienie 
  • diagnozę i zalecenia 
Dzieć oczywiście nie zachowywał się jak chory Dzieć tylko czarował i rozsyłał uśmiechy stażystkom, pielęgniarkom i wszystkim komu się dało. Generalnie to na początku lekarze byli dość sceptycznie nastawieni ale po karmieniu pod okiem Pani Doktor chlusnął tak spektakularnie, że poszło na niego, na mnie, podłogę i buty lekarki. :D I chyba już wtedy uwierzyła :D 
Z zaleceniami i wściekłym ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń Dzieciem wróciliśmy do domu. Wychodząc z SORu miedzy Osobistym a mną wywiązał się taki oto dialog: 

O: no to mamy już SOR ogarnięty i wiemy jak tu się poruszać 
Ja: I mam nadzieję, że już tu nie wrócimy
O: nie miej złudzeń.. na pewno jeszcze tu będziemy 

(I przypomniałam sobie jak moi Rodzice w czasach słusznie minionych wieźli mnie na SOR bo uznałam, ze orzech laskowy może równie dobrze pasować do nosa jak i do buzi). 

Kolekcjonujemy zatem nowe doświadczenia. I czekamy na wyniki badań laboratoryjnych i dalsze diagnozy. 

I mamy pamiętajcie, najlepiej znacie swojego Dziecia więc nie lekceważcie jak się Wam wydaje, że coś jest nie tak. Bo może to faktycznie być nic a może być coś. 


*oczywiście jak nie urok to przemarsz wojsk radzieckich: oddaliśmy już fotelik wraz z wózkiem Kuzynce a nowy jeszcze nie przyszedł stąd tramwaj. Ale w sumie biorąc pod uwagę lokalizację szpitala względem naszego domu i korki popołudniowe to jednak lepiej na tym wyszliśmy używając transportu zbiorowego.. i nie trzeba było kombinować gdzie zaparkować. 

Komentarze

Popularne posty